Miasto, w którym nie mieszkam

Kraków

– Stara, dzisiaj to można było ten smog kroić nożem – wykrzywiła się. – Jak wysiadłam na Cracovii, to miałam wrażenie, że sprawdzam w zębach frakcję mułowca.

– Tak? – zdziwiłam się.

Wydawało mi się, że był ładny, mglisty dzień. Słońce delikatnie prześwitywało przez szklistą, białą powłoczkę unoszącą się znad Wisły i trawników, wydobywając wciąż jeszcze obecny złoty połysk z liści drzew na Plantach. No, ale ja mieszkałam w centrum smogu, a nie w zielonej dzielnicy na obrzeżach miasta, zamieszkanej głównie przez emerytów i psy. Dojazd do tej blokowej Arkadii zajmował półtorej godziny. Nic dziwnego, że po przyjeździe stamtąd czuła się w Alejach jak wypuszczony z lasu jeleń.

– Pamiętam, jak pisałam ten raport o jakości powietrza w Polsce na tle Europy – wspomniałam. – Były tam takie mapki ze stężeniami PM10… i czegoś tam jeszcze. Nad Krakowem i Śląskiem już w 2010 zawsze było takie skupisko symboli, jedno z największych w Europie. Coś jak Całun Ciemności nad Nekropolią.

– Widzisz, a dzisiaj oficjalnie zajęliśmy pierwsze miejsce!

Niektórzy ze znajomych „słoików” pochodzą np. z podhalańskich wsi. Podobno powrót w rodzinne strony jest jak wydostanie się z odkurzacza. Wysiadają z autobusów, nabierają ostrego, świeżego powietrza w płuca z zachłannością wyposzczonego narkomana i czują, że wreszcie mogą oddychać. Ja wysiadam na Centralnym i w kakofonii wściekle trąbiących na siebie taksówek pod najbardziej kontrowersyjnym obiektem architektonicznym w kraju nabieram w płuca warszawskiego powietrza. I czuję, że wreszcie mogę oddychać.

Kraków, magiczne miasto położone w połowie drogi od mojego rodzinnego miasta „w góry”. Królewski gród w posiadaniu tego, czego w Warszawie brakło, czyli porządnej Starówki. Wokół tereny naszpikowane skałami i poryte tunelami jaskiń. Takim je widziałam zanim się tam przeprowadziłam. Między innymi wtedy, gdy pierwszy raz pojechałam tam „na dorosło”, czyli z dwiema równie szesnastoletnimi koleżankami, wybierając się na weekend w jaskinie.

***

Fundusze od mamuś były przeznaczone na pożywny turystyczny prowiant i niespodziewane wydatki w rodzaju „gdybyś jednak chciała sobie kupić jeszcze jedne grube skarpety”. Oczywiście produktem pierwszej potrzeby popołudniem w fascynującym, obcym mieście było zupełnie co innego. Po poszlajaniu się po Rynku utopiłyśmy pierwszą partię pieniędzy w sushi.

Następne na liście było zapewnienie sobie popity na wieczór. Kulturalnej i pasującej do klimatu. Miałyśmy ambicję na Grzaniec Galicyjski. Tu jednak pojawiał się problem: chociaż w restauracji sushi kelner z pobłażliwą miną postawił przed nami piwo Ichiban (zamówionego, bo byłyśmy podjarane tym, że wiedziałyśmy, co oznacza nazwa), to szybko stało się jasne, że należymy do tego podgatunku szesnastek, które prędzej zdołałyby przekonać Humberta, że jeszcze nie minęła ich data ważności niż sprzedawcę w monopolowym, że po prostu zapomniało się dowodziku. W trzecim z kolei sklepie w końcu trafiłyśmy na smoka nastawionego dość obojętnie do strzeżenia swoich skarbów. Z zadowoleniem, że oto perspektywa wieczoru w bazie na skalnym pustkowiu doczekała się ostatecznego elementu decorum, wpakowałyśmy butelkę do mojego plecaka, który był największy i przez to nie do końca wypełniony – choć szyjka wciąż z niego wystawała – i zamierzałyśmy opuścić magiczny Kraków.

– Skasowałaś bilety? – mruknęłam, nie odrywając wzroku od przylepionego do ściany tramwaju regulaminu KKM.

– Tak – potwierdziła Zosia. – O tej porze jeszcze będą autobusy do Kobylan, prawda?

– Będą, będą – uspokoiła ją Kaśka. – Sprawdzałam rozkład, a Robert powiedział, żeby w razie czego dzwonić, to po nas przyjedzie.

– Damy sobie radę! – stwierdziła energicznie Zosia. – Dziewczyny, pomyślcie, jest listopad, jesteśmy w Krakowie, przed nami weekend w jaskiniach… Przygoda!

– Tu jest coś napisane o wymiarach bagażu – oznajmiłam sprzed kartki z regulaminem. Tramwaj skrzypiał boleśnie i poruszał się szarpanymi ruchami, sprawiając, że chwiałam się wraz z plecakiem i wyglądającą z niego butelką. – Ile cm mają wasze plecaki?

– Tyle samo, co codziennie, kiedy wożę go do szkoły? Tramwajem? I nikt się nie czepia? – powiedziała Zosia.

– Na pewno nikt nie zwraca uwagi na te przepisy, dopóki bagaż nie jest naprawdę duży – powiedziała Kaśka.

– Bileciki do kontroli – powiedział kanar.

Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, ale dziś przysięgam: tym zawodem trudni się z jedna piąta Krakowiaków.

– Hmm, ulgowy – zauważył życzliwie pan kontroler. – Legitymację poproszę.

Spojrzałyśmy po sobie. Jak wspomniałam, jeśli wyglądałyśmy na coś innego niż licealistki, to na gimnazjalistki. Z wahaniem podałam mu legitymację.

– Hmm, Warszawa – stwierdził tramwajowy szeryf jeszcze bardziej aksamitnym tonem, a jego wzrok powędrował ponad moje ramię. – A bilety za bagaż?

– Bi… lety za bagaż?

– Jest ponadwymiarowy. Trzeba będzie zapłacić mandacik – zmartwił się nieszczerze kanar, a tramwaj żałobnie zadudnił na torach.

– Mandacik?! Ile??

– Ależ proooooszę paaaanaaa…

– Nie wiedziałyśmy, że trzeba zapłacić za bagaż! My nie mamy pieniędzy! – zaapelowała do jego miłosierdzia Kaśka.

– Mamy tylko na jedzenie przez weekend! – dodałam, ukrywając się za jej ramieniem. Szyjka butelki zza mojego wystawała jak nos Pinokia.

– Może gapowe? – zaproponowała Zosia głosem syreny.

„Co to jest gapowe?” – zapytałam wzrokiem Kaśkę.

„Och, dorośnij.” – odpowiedział wzrok Kaśki.

Uboższe o 50 zł wysiadłyśmy na pętli tramwajowej. Dziś wydaje mi się, że to mogły być Bronowice Małe. Wtedy było to rozkopane pustkowie z tonącą w ciemności wiatą autobusową, pod którą hulał wiatr.

– …Chyba ten autobus nie przyjedzie.

– Następny jest za czterdzieści pięć minut.

– Może…

– Nie dzwonimy do Roberta!

Mijały kwadranse. Myśl o dodatkowym polarze zapakowanym do plecaka przez mamę nagle wzbudziła we mnie większy entuzjazm niż przy wyjeździe.

– Potrzymaj, muszę się przepakować…

– Moment, spojrzę jeszcze raz na rozkład. Postaw to na ławce, tylko uważaj, bo jest krzywa.

BRZDĘK.

Gdzieś pod moimi stopami w podkrakowską ziemię wsiąkała krew rozbitego planu na gorące, ziołowe pokrzepienie po dniach spędzonych na czołganiu po jaskiniach. Pobłogosławiłam ciemność, pomimo której odczułam, jak skrzyżowały się na mnie dwa bazyliszkowe spojrzenia.

O pierwszej w nocy przyjechał Robert, do którego w końcu zadzwoniłyśmy po dwóch godzinach czekania na autobus, który nie nadjechał.

***

– Wracamy za rok? – spytałam, przyglądając się krytycznie zaschniętemu błotu na turystycznej kurtce. Do zapamiętania na za rok: inne okrycie na podróż, inne do pełzania.

Ktoś zajrzał do naszego przedziału, i natychmiast się wycofał. Cóż, przynajmniej to nie ja byłam tą osobą, która zetknęła się z guanem nietoperza.

– Jasne! – dziewczyny zgodnie pokiwały głowami znad krakowskich bajgli.

– Było super!

– Gdybyśmy mieszkały w Krakowie, mogłybyśmy jeździć co weekend…

– I miałybyśmy taki ładny Rynek.

– Sushi też było dobre… Ciekawe, jaki byłby grzaniec…

– Spadaj.

(Wróciłyśmy po roku. Wydostawanie się z miasta poszło jeszcze mniej sprawnie niż za pierwszym razem.)

***

– Jakie tu szerokie ulice…

– Co?

– Już zapomniałam. W Krakowie jest strasznie ciasno. To ma swój urok na początku, ale trochę przydusza. Nie wspominając o powietrzu. I wszyscy tak wolno idą… Tutaj centrum naprawdę przypomina miasto. O, i widzę, że jest więcej ścieżek rowerowych! Szkoda, że dopiero, jak stąd wyjechałam.

– Nie możesz pojechać za miasto? Na przykład w te skały? Mówiłaś, że są wszędzie wokół Krakowa, teraz jest ładna pogoda, możesz jeździć co tydzień.

– . . .

– Mówiłaś też, że w Krakowie szybko idzie modernizacja. U nas jak rozkopali…

– O właśnie, podobno jest druga linia metra!

– Bez przesady.

Wróciłam do podziwiania Wisły przez okno samochodu. Przyjechałam na weekend, zagłosować w wyborach. Był maj, przypuszczalnie pachniała Saska Kępa.

– Kraków ma swoją urodę – przyznałam. – Ale Warszawy nie da się porównać z żadnym innym miastem w Polsce. – Pałac Kultury widniał na drugim brzegu jako potwierdzenie moich słów.

To po prostu magiczne miasto.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s